Trening wg Russian Legion
Trenował nas Vadim, zawodnik RL od jakichś dwóch lat (dokładnie nie wiem, wcześniej grał w „Ryżych Lisach”). Było ciężko... Rozgrzewka: bieg dookoła sali (trzeba będzie jakieś korkotrampki kupić, powierzchnia – lekkie błotko, trudno utrzymać się na nogach). Kika okrążeń w dość szybkim tempie. Potem urozmaicenia. Bieg bokiem, z podciąganiem nóg itp. Nowości żadnych nie było. Poza tempem (...już płuca wyplute nie bolą...). Generalnie RL kładzie duży nacisk na kondycję fizyczną i przygotowanie siłowe (mają prawie kompletny atlas ustawiony w kącie sali).
Trzymanie markera: moja „kamanda” to zupełne „nowicki”, więc trzeba było zacząć od początku, czyli od trzymania markera właśnie (u mnie zresztą też było co poprawiać). Vadim tłumaczył bardzo szczegółowo, pokazywał, objaśniał, co i dlaczego.
.
- marker trzyma ręka z przodu, a ta na gripie powinna być luźna, żeby palcami swobodnie przebierać na spuście,
- ręka strzelająca powinna być maksymalnie ściągnięta do środka (przy okazji dowiedziałem się, że mam wyrzucić dropa i zamontować asa bezpośrednio pod gripem, dłuższe i wyższe mocowanie pozwala swobodniej operować markerem, no i tą rękę ściągnąć odpowiednio),
- loader powinien być na wysokości czoła i nie wystawać nad głowę bo zwiększa to powierzchnię trafienia,
- trzeba patrzeć na cel „jak z podłogi” (nie do końca zrozumiałem, o co mu chodziło, chyba tak „spode łba” :) – trzeba będzie później wyjaśnić) – jednym okiem z jednej strony fidera, drugim z drugiej,
- butla powinna być oparta o ciało nisko (a żeby nie była za nisko mocowanie butli powinno być wysokie), tak, aby lufa szła raczej w górę niż w dół,
- tułów powinien być ustawiony prostopadle do linii celowania, bo wtedy przy wychylaniu się zza przeszkody trafia się w ten sam punkt,
- przy strzelaniu z lewej strony przeszkody trzeba przełożyć ręce (trzeba będzie się tego uczyć od początku, zdążyłem już sobie utrwalić nawyk strzelania z lewej strony bez przekładania rąk).
Chodzenie: no nareszcie miałem okazję poćwiczyć ten podziwiany przeze mnie na różnych filmach „roboci” chód RL. Technika nie jest skomplikowana. Ugięte nogi, lekko pochylony tułów ustawiony prostopadle do kierunku ruchu, proste plecy. Marker cały czas ustawiony na punkt celowania lub „podążający” za wzrokiem. Proste, ale będziemy musieli jeszcze duuuużo ćwiczyć, żeby prawidłowo to wykonywać, (czyli trafiać dokładnie do celu w trakcie chodzenia).
Wychylanie się zza przeszkody (snap shooting): ten element ćwiczyliśmy najdłużej (skąd my to znamy...). Technika niby podobna do naszej, ale chyba są drobne różnice.
Strzelanie z prawej strony: prawa noga wysunięta do przodu, lewa do tyłu. Kolana ugięte. Tułów wyprostowany, ustawiony prostopadle do linii strzału. Trzymanie markera tak jak opisałem powyżej. Technika wychylenia polega na skręcie tułowia w bok. Punkt skrętu jest gdzieś na wysokości pępka. Przy wychyleniu cała góra tułowia, ręce i głowa pozostają „zamrożone”. „Przednia” noga również („tylna” może nieco pomagać). Ważne jest, aby w czasie całego ruchu góra ciała stanowiła z markerem spójny monolit. Nie wychylają się same ręce z markerem, czy sama głowa, ale jednoczenie wszystko na raz (u mnie głowa nie nadążała za tułowiem przy powrocie – cóż inteligencja też swoje waży ;). W ten sposób po wychyleniu marker nie jest ustawiony pionowo, ale lekko ukośnie (pod kątem 20-30 stopni). Ruch jest bardzo krótki i szybki, a po wychyleniu, zza przeszkody rzeczywiście niewiele wystaje (jednak żeby robić to naprawdę szybko trzeba mieć silne mięśnie sterujące tym skrętem).
Metodologia szkolenia zawodnika w tej technice: najpierw trener całość pokazuje sam, potem ustawia zawodnika we właściwej pozycji wyjściowej (stań prosto, prawa noga do przodu, lewa do tyłu, ugnij kolana, tułów prosto, marker do przodu itd...), następnie trzymając zawodnika za ramiona skręca jego tułów (kilkanaście powtórzeń, na obie strony). Potem zawodnik ćwiczy sam, a trener stoi z boku i koryguje błędy (kilkadziesiąt powtórzeń). Na sam koniec trener sprawdza prawidłowość wychylenia z punktu widzenia oponenta (czy nie wystaje za dużo). Potem zawodnicy ćwiczą juz sami (do utraty sił...). Najpierw „na sucho” potem ze strzelaniem do celu. Trener koryguje od czasu do czasu.
Rozbieg i wślizg za przeszkodę: na początku ćwiczenia tego elementu padło pytanie, „kto pokaże, jak trzeba zrobić wślizg”. Oczywiście ja się zgłosiłem i zapytałem czy mam „wjechać” na kolanach. I tu zaskoczenie „...teraz nikt nie robi wślizgów na kolanach” („!!!???!!!” - coś ta technika do przodu poszła jak mnie „tu” nie było...). Nie bardzo się z tym zgodziłem (no, bo są jednak pewne sytuacje....), ale ponieważ postanowiłem od samego początku „słuchać i wykonywać” bez żadnej dyskusji (jakbym był „mądrzejszy” to pewnie trener nie byłby mi potrzebny) tak więc posłuchałem co mam zrobić i.... no nie wyszło to najlepiej. Vadim popatrzył i stwierdził, że lepiej sam pokaże. Pokazał i (jak zwykle) szczegółowo wyjaśnił. Wygląda to tak (rozbieg w prawa stronę): przed startem pozycja startowa, marker w prawej ręce, cofnięty do tyłu i do siatki, lewa ręka zgięta dla nadania impetu w początkowej fazie biegu, nogi ugięte. Start! Pierwsze kilka kroków prawie typowy sprint (tyle, że ze zgiętym, ale nie „nienaturalnie” tułowiem), ręce pracują nad impetem (jak w sprincie). Przy wejściu w strefę prawdopodobnego trafienia lewa ręka idzie do góry i zasłania maskę, prawa z markerem schowana za tułów. Im bliżej do przeszkody tym tułów coraz bardziej zbliża się do ziemi. Wślizg rozpoczyna się jakieś półtora - dwa metry przed przeszkodą (albo jeszcze dalej). Najpierw ziemi dotyka lewy bark i bok tułowia (ręka cały czas zasłania maskę), dopiero potem „padają” nogi. Jak już „jedziemy” nogi doganiają tułów, tak, że kierunek ruchu po ziemi jest prostopadły do kierunku lecących kulek, a pozycja ciała jest do niego ukośna aż do równoległej (zmniejsza to czas przebywania w „strumieniu” kulek i powoduje, że jesteśmy mniejszym celem. W dalszej fazie (już za przeszkodą) nogi przeganiają tułów (trzeba nimi trochę „poprzebierać”) i w efekcie lądujemy na kolanach z markerem gotowym do strzału. Technika wg mnie dość trudna, ale po kilkunastu powtórzeniach udało mi się ją wykonać w miarę prawidłowo (z kolegami z drużyny było gorzej, ale dla nich były to pierwsze wślizgi w życiu).
Tak na marginesie: RL ma ciekawy „patent” na ćwiczenie wślizgów na hali. Używają do tego specjalnie przygotowanych kawałków linoleum, położonych w kilku warstwach i od czasu do czasu zwilżanych mopem. Nie pytałem czym zwilżają (bo to chyba nie była czysta woda), ale jeździ się po tym doskonale.
Gra: charakterystyczne, że było jej na treningu (2 godziny) naprawdę niewiele (10 minut). Podejście jest raczej takie – grać trzeba w jak największej ilości turniejów. Ważna jest przy tym obecność trenera i „coaching” przed i po każdym meczu (tu o Vadima będzie raczej trudno, szkoda...). Zagraliśmy między sobą trzy mecze. We wszystkich udało mi sie „wykosić” wszystkich przeciwników, a asem przecież nie jestem. Cóż... „riebiata” musza się jeszcze trochę nauczyć...
Grzegorz „Grisha, Staniesioo” Staniewski 05 luty 2005





